Maria – nieprzywykła do rozgłosu – stała się bohaterką wydarzenia o niespotykanej skali.
Co sprawiło, że skromna uczona stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet świata? O tym przeczytacie we fragmencie najnowszej książki „Skłodowska-Curie. Rebeliantka”.
Zapraszają — Wydawnictwo Literackie i Piękniejsza Strona Nauki.
Konsultantem merytorycznym książki jest prof. dr hab. Tomasz Pospieszny.
Sprostowanie
„Rad jest skutecznym lekiem na raka”, „potwierdzono skuteczność radu w leczeniu wszystkich rodzajów nowotworów, nawet położonych głęboko wewnątrz ciała. […] Ci lekarze, którym się to nie udało, po prostu nie rozumieją metody” — „The New York Times” publikuje na pierwszej stronie artykuł o radzie i cytuje rzekome wypowiedzi Marii. Wtóruje mu „New York Tribune”: „Przybywa Mme Curie, pewna, że rad jest lekarstwem na raka”.
Maria czyta ten tekst i jest wściekła. Żąda sprostowania. Missy natychmiast dzwoni do gazety. Tekst Rad nie leczy wszystkich rodzajów raka ukazuje się nazajutrz, tyle że na stronie szesnastej.
„Czy zabijemy panią Curie?”
Plan jest napięty. Czterdzieści sześć dni podroży po Stanach Zjednoczonych, kilkadziesiąt spotkań. Już w piątek, dwa dni po przyjeździe, 13 maja, Maria ma odebrać w Smith College w Northampton doktorat honoris causa tej uczelni. Potrzebna jest toga. Krawiec przychodzi do apartamentu Missy. Podczas przymiarek Maria kręci nosem. Toga nie wygląda źle, uszyta jest z czarnego połyskliwego jedwabiu o aksamitnych wyłogach, ale Marii przeszkadzają rękawy, materiał podrażnia poparzone radem palce. Do tego w todze jest za gorąco. Ostatecznie zgadza się w niej wystąpić, lecz odmawia noszenia biretu. Rektor Smith College oprowadza Marię po kampusie. Przy dźwiękach Marsylianki, w szpalerze ubranych na biało, przepasanych czerwonymi szarfami, uczennic drugiego roku idą do M. Greene Hall.
Podczas tej „najbardziej imponującej uroczystości w dziejach College’u” — jak pisano w lokalnej gazecie — Maria siedzi na podwyższeniu. Obok między innymi Missy i profesor Albert Schinz, kierownik Katedry Filologii Francuskiej.
Na widowni dwa tysiące osób. Rektor William Allan Neilson, pedagog, pisarz i leksykograf, nazywa Marię „pierwszą spośród kobiet wszystkich wieków ze względu na intelekt, wielkość i znaczenie dokonanego odkrycia, równą największym dobroczyńcom ludzkości poprzez bezinteresowność, z jaką poświęciła wyniki swoich badań służbie tej ludzkości”. Na koniec profesor Albert Schinz opowiada anegdotę: podobno któregoś dnia do laboratorium Marii przybiegła służąca. Krzyczała, że połknęła szpilkę. Maria powiedziała ze spokojem: „Nie szkodzi, tu jest inna”.
Dwie wykładowczynie chemii Ellen Cook i Elizabeth Mason okrywają ramiona Marii kapą doktora nauk przyrodniczych. Po podziękowaniach Maria krótko komentuje anegdotę profesora Schinza: to dobra historia i aż żal, że nieprawdziwa. „Springfield Republican” podsumowuje nazajutrz: „Ci, którzy widzieli panią Curie wczoraj, wyrażali wątpliwości, czy zdoła przetrwać tę podroż bez załamania nerwowego”.
Nazajutrz, 14 maja, Maria z córkami i Missy jadą do Mt. Holyoke College w South Hadley. Oraz do Vassar College w Poughkeepsie, najstarszej szkoły wyższej dla kobiet w Ameryce. Na prośbę Marii robią w drodze przerwę na piknik nad strumieniem. Idą z Ireną na spacer. Zbierają fiołki i klajtonie. Przybycie Marii do Mt. Holyoke College obwieszczają dzwony kaplicy. Dojeżdżając do uczelni, Maria z oddali widzi szpalery ubranych na biało dziewcząt, stoją wzdłuż chodników. Inne biegną przez trawniki w kierunku samochodu. „Rzucają kwiaty, chylą sztandary w pokłonie, defilują, wznoszą szaleńcze okrzyki na jej cześć, śpiewają gromkim chorem” — donosi prasa nazajutrz.
Tekst wykładu The Discovery of Radium rozdano publiczności przed wystąpieniem Marii. Wydrukowano go dzięki staraniom Edny Carter, kierującej Wydziałem Fizyki. Na stronie tytułowej Maria umieściła dedykację dla studentek: „Moim szczerym pragnieniem jest, aby niektóre z Was kontynuowały pracę naukową i wytrwały w ambicji oraz determinacji, by wnieść trwały wkład w naukę”.
Mówi: „Gdy odkryto rad, nikt nie wiedział, że przyda się w szpitalach. To była praca czysto naukowa. Stanowi to dowód, że badań naukowych nie można oceniać wyłącznie przez pryzmat użyteczności w praktyce. Badania należy prowadzić dla nich samych, dla piękna nauki, a zawsze istnieje szansa, że odkrycie, tak jak choćby odkrycie radu, przyniesie ludzkości pożytek”. Uroczystości kończą się półtorej godziny przed północą. Ale Maria nie od razu opuszcza uczelnię, prosi, żeby pokazano jej laboratoria.
Nazajutrz uczestniczy w przyjęciu zorganizowanym przez American Chemical Society (Amerykańskie Towarzystwo Chemiczne) w Hotelu Waldorf-Astoria. Każdy z sześciuset gości musi zapłacić pięć dolarów za wstęp. Maria zostaje jego honorową członkinią, jest pierwszą kobietą w tym gronie. Owacja na stojąco trwa kilka minut. Mimo wyczerpania Maria jedzie jeszcze na chwilę na bankiety w Nowojorskiej Akademii Nauk, Muzeum Historii Naturalnej i Nowojorskim Klubie Mineralogicznym.
W nocy Maria przechodzi „dwa bardzo poważne ataki serca”. Pisze o tym prasa. Mimo to następnego dnia o szesnastej uczestniczy w przyjęciu zorganizowanym w nowojorskiej Carnegie Hall przez Amerykańskie Stowarzyszenie Kobiet z Wyższym Wykształceniem. „The New York Times” nazywa je „największym spotkaniem wykształconych kobiet, jakie miało miejsce w Stanach Zjednoczonych”. Trzy i poł tysiąca przedstawicielek głównych kobiecych uczelni na Wschodnim Wybrzeżu USA. Wśród gości są ambasadorowie Polski i Francji, przyjechał Ignacy Jan Paderewski. Marię wita dziekanka Smith College Ada Louise Comstock. Przyznaje, że „naukowczyni jest dla niej dowodem na to, że kobieta może poświęcić się badaniom naukowym i jednocześnie być zwykłą żoną i matką”. Przemawia też rektorka Bryn Mawr College. Oraz sufrażystka Martha Carey Thomas. Kobiety w USA zaledwie rok temu uzyskały prawa wyborcze. „Teraz — mówi — gdy kobiety uzyskały prawo głosu, mogą postępować tak, jak uważają to za słuszne, […] domagać się praw do decydowania o swoim życiu i swoim ciele, […] żyć z godnością i bez wstydu”. Na koniec najzdolniejsze studentki fizyki i chemii reprezentujące piętnaście uczelni wręczają Marii kwiaty, w ustalonej kolejności: pierwsza— różę, druga — lilię, trzecia — orchideę, i tak każda kolejna od nowa.
Maria otrzymuje też Nagrodę im. The Naples Table Association, najstarszej organizacji wspierającej kształcenie kobiet w Ameryce w dziedzinie nauk ścisłych. Przyjmuje delegację polskich kobiet i dzieci. Odnotowuje w zapiskach z podroży, że dziewczynki wystąpiły w strojach krakowskich. Komisja Związku Polek w Ameryce, którego Maria Curie zostaje honorową członkinią, ofiarowuje jej w prezencie skórzaną torebkę. Do dziś można ją oglądać w Warszawie w Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie. W brulionie Maria zapisuje wysokość nagrody (dwa tysiące dolarów) oraz czas trwania uroczystości — cztery godziny.
Powitania, przemówienia. Rauty, bankiety. Obiady. W menu: zupa mongolska, medaliony z okonia morskiego w sosie homarowym, pierś z kurczaka po tyrolsku, makaroniki i biszkopty Lady Fingers, koktajl owocowy, pierś z kurczaka, zapiekane ziemniaki, młody groszek, sałata z dressingiem tysiąca wysp. Ptifurki. W archiwum zachowały się karty menu. Wystarczy je odwrócić, żeby zobaczyć na drugiej stronie jakieś obliczenia Marii.
Dziennikarze zauważają, że Maria nienawidzi „męczącego sportu” zwanego small talkiem. I kręcą nosem. Pani Curie — no cóż, wydaje się znudzona, pełna dystansu, nieobecna. Nie to co Einstein, co za człowiek! Prawdziwy showman. Był w Stanach zaledwie miesiąc wcześniej. Na kolacji w Chicago zagrał nawet na skrzypcach.
Marię tłum męczy. Po Ameryce podróżuje głownie pociągiem. Czasem w prywatnym wagonie. Kiedy któregoś dnia ma się przesiąść do publicznego bez przedziałów, z drżeniem w głosie mówi Harriet Eager, że to ponad jej siły. Boi się, że ludzie będą na nią patrzeć jak na zwierzę w klatce.
Uniwersytety, towarzystwa naukowe. Wizyty w fabrykach i laboratoriach. Wszędzie tłumy. Z każdym trzeba się przywitać, najlepiej podaniem dłoni. Po tygodniu Maria chodzi z ręką na temblaku. Do tego jest wyraźnie osłabiona. Lekarz ją osłuchuje, pobiera do badań krew. Podejrzewa, że uaktywniło się dawne ognisko gruźlicze. Missy boi się, że Maria wykończy się jeszcze przed uroczystością w Białym Domu. Decydują wspólnie: od teraz na niektórych oficjalnych spotkaniach Marię będą zastępować córki.
Uzupełniają się.
Ewa — czarująca, w modnym kapeluszu, może niewiele wie o chemii czy fizyce, ale towarzysko radzi sobie znakomicie. Te jej uśmiechy, lansady. Każdego uwodzi.
Irena będzie prowadzić za matkę wykłady. Zdystansowana, skupiona, oszczędna w gestach, rzadko się uśmiecha. Maria od dawna uważa starszą córkę za swoją przyjaciółkę, która sprawia, że jej życie „jest łatwiejsze, lepsze”.
„Dziewczynki moje bardzo są tu pożyteczne, pomagają do reprezentacji rodziny i bardzo są dobrze widziane — pisze do Broni 17 czerwca 1921 roku. — Irena miała kilka popularnych odczytów dla studentek w Colleges. Ewa zajmuje się specjalnie polskimi delegacjami”.
Gazety alarmują: Za wiele gościnności? Już omal nie zabiliśmy marszałka Joffre’a nadmiarem entuzjazmu. Czy zabijemy panią Curie?
——————————————
Przeczytali Państwo fragment najnowszej książki Angeliki Kuźniak „SKŁODOWSKA-CURIE. Rebeliantka”. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego w czerwcu 2026 roku.
