Podróże Madame Curie — Brazylia 1926

 

Widziałam ryby latające! — pisze do Ewy. — Stwierdziłam, że cień prawie przestaje istnieć, słońce jest zaś dokładnie ponad głową. Później widziałam, jak giną w morzu znane mi gwiazdozbiory: gwiazda Polarna, Wielka Niedźwiedzica. Od południa wyłonił się za to Krzyż Południowy, który jest bardzo piękny. Prawie nic nie wiem o gwiazdach, które się widzi na tym niebie….

[Ewa Curie, Maria Curie, Wydawnictwo Jakuba Przeworskiego, Warszawa 1938, s. 388.]

 

W lipcu 1926 roku dwie panie Curie — Maria i Irena — wyjechały na dwa miesiące do Brazylii, gdzie miały wygłosić serię wykładów. Podróż trwała od 16 lipca do 28 sieprnia.

Zakochany po uszy Fred pisał do Ireny:

Przywiązuję się bardziej do ludzi niż do przedmiotów, pracować mógłym gdzie bądź […] Jedynym, co czyni pracę w laboratorium ciekawą, są osoby, które ożywiają to miejsce. Od Twojego wyjazdu zdaje mi się ono puste. Nie zapominam o Tobie.

Irena pełna tęsknoty odpisała:

Być przytulaną.. i mierzwić Twoje włosy moimi rękami, brakuje mi tego wszystkiego… Nie napisałeś mi, czy palisz rozsądne czy nie rozsądne ilości papierosów. Czy przypadkiem druga hipoteza nie jest poprawna? Staraj się nie palić jak komin fabryczny, nie pędź 100 km na godzinę na swoim motorze i nie rób tych wszystkich nierozsądnych rzeczy, do których jesteś zdolny.

[T. Pospieszny, Radowa księżniczka. Historia życia Ireny Joliot-Curie, Novae Res, Gdynia 2017]

W roku 2017 dzięki staraniom Polskiego Towarzystwa Chemicznego i Centrum Materiałów Polimerowych i Węglowych PAN w Gliwicach ukazało się polskie tłumaczenie książki Joao Pedro Bragi i Cassiusa Klay Nascimento traktujące o podróży Marii Skłodowskiej-Curie do Brazylii. Tam znajdą Państwo szczegółowy opis podróży Madame Curie do Brazylii.

W trakcie podróży Uczone odwiedziły Rio de Janeiro, Sao Paulo oraz Instytut Radowy w Belo Horizonte.

 

Wizyta w Belo Horizonte. Po środku siedzą Irena i Maria Curie, po lewej stronie: dyrektor Institutu prof. Borges da Costa (wąsy i muszka) i Carlos Pinheiro Chagas (dłoń na brodzie), a po prawej stronie stoi prof. Baeta Vianna (ciemny garnitur i okulary) i prof. Adelmo Lodi (biały fartuch), sierpień 1926, Centralne Archiwum Medycyny w Minas Gerais [za:] https://noticias.uol.com.br/saude/ultimas-noticias/redacao/2015/05/06/marie-curie-inspirou-mg-a-dar-inicio-a-radioterapia-no-brasil.htm
Wizyta w Museu Nacional w Rio de Janeiro 8 sierpnia 1926 roku. Madame Curie siedzi na krześle, za nią od lewej stoją: Alípio de Miranda, NN, Hermillo Bourguy de Mendonça, Heloísa Alberto Torres, Alberto Betim Paes Leme, Irene Joliot i Bertha Lutz, domena publiczna
Maria i Irena w towarzystwie członkiń Brazylijskiej Federacji na Rzecz Rozwoju Kobiet w trakcie wycieczki na Pão de Açúcar [Głowę Cukru] w Rio de Janeiro, 21 sierpnia 1926; od lewej stoją: Nininha Bastos, dr Aerco, pani Hazard, Stella Duval, Maria Skłodowska-Curie, Jeronyma Mesquita, Irena Curie, Carlota de Queiroz, Esther Pego R. William, Augusto Ramos, Bertha Lutz, Maria Pereira de Queiroz, Maria dos Reis Santos, Public domain / Arquivo Nacional Collection

 

Uroczystość ku czci Marii Skłodowskiej-Curie w teatrze Cassino w Rio de Janeiro, 25 sierpnia 1926, (relacja czasopisma „Revista da Semana” z 4 września 1926 roku), [za:] J. P. Braga, C. K. Nascimento, Maria Skłodowska-Curie w Brazylii, CMPW PAN, Gliwice 2017.

Recenzuje Jakub Müller — „Maria Curie. Moja matka”

 

Kiedy byłem jeszcze kilkuletnim brzdącem, głęboko wierzyłem w to, że im bardziej błyszczący papierek, tym smaczniejszy będzie ukryty wewnątrz cukierek. I szczerze mówiąc, wiele lat zajęło mi odkrycie, że to nieprawda. Mądrzejsi ode mnie dorośli już to wiedzieli. „Nie wszystko złoto, co się świeci” – mówili.

Fot. E. Wajs

Dlatego, trzymając w rękach wydaną w 2020 książeczkę, bałem się.

Maria Curie, moja matka to unikatowe wspomnienia Ireny Joliot-Curie, starszej córki Marii Skłodowskiej-Curie. Za wydanie odpowiada Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Oficjalnego wsparcia (i fotografii ze swego archiwum) udziela Musée Curie w Paryżu. Wstęp i konsultacja naukowa – wyśmienity historyk nauki i biograf Marii – profesor Tomasz Pospieszny. Projekt graficzny – wielokrotnie nagradzany Zespół Wespół. Rzec można: same gwiazdy. Błyszczący papierek.

Nie ma się zatem co dziwić, że poprzeczka oczekiwań ustawiona była wysoko. A co się kryje pod tym błyszczącym papierkiem? Sprawdźmy.

Książkę rozpoczyna wstęp Tomasza Pospiesznego, który Marię i Irenę nazywa nieco może romantycznie, ale jak najbardziej słusznie kobietami, które miały odwagę marzyć. Następnie czytelnik ma okazję zapoznać się z najważniejszą częścią książki: intymnym portretem Marii, kreślonym słowami najstarszej córki. Mówi się nieraz, że Irena to umysł ścisły, że odziedziczyła po matce pewną oschłość i rezerwę. Tymczasem Irena dysponuje naprawdę dobrym piórem, nieobce są jej humorystyczne akcenty i ironia. Dla kogoś, kto miał wcześniej okazję zapoznać się np. z jej listami, nie będzie to żadne zaskoczenie.

Fot. E. Wajs

Moja matka miała do mnie zaufanie jak do siebie samej i nie wahała się zostawić mnie – osiemnastolatki – samej, obarczając mnie odpowiedzialnością za punkt radiologiczny w szpitalu angielsko-belgijskim położonym w pobliżu Ypres, kilka kilometrów od linii frontu. Powierzyła mi ponadto niezbyt łatwe zadanie: miałam nauczyć metody lokalizowania odłamków pewnego lekarza, Belga, mającego na pieńku z najbardziej elementarnymi pojęciami geometrii.

Fot. E. Wajs

Jest to zupełnie inny styl pisania niż u młodszej z córek. Ewa w swej biografii Maria Curie pisze bardziej kwieciście; też z uśmiechem, ale bardziej poczciwym; nie ma u niej tej ukrytej ironii, tego ledwie wyczuwalnego literackiego żądła, co oczywiście nie oznacza, że jej dzieło jest w jakikolwiek sposób gorsze – o ile ktoś miałby w ogóle odwagę porównywać pod tym kątem wspomnienia obu córek.

Fot. E. Wajs

Czyta się to dobrze. Irena porusza szereg różnych tematów i ważnych wydarzeń w życiu swej matki: śmierć Pierre’a Curie, służba dla Francji w czasie wojny, podróże zagraniczne, organizowanie Instytutu Radowego we Francji, a potem w Polsce. Dowiadujemy się, jakie książki czytała Maria, jaki był jej stosunek do religii, jak układały się relacje z jej nielicznymi przyjaciółmi. Irena prezentuje także listy, w których Maria wychodzi z ram swojej zwykłej powściągliwości. Mnie osobiście ciekawiło, czy (i w jaki sposób) Irena wspomni o romansie matki z Paulem Langevinem i nienawiści, z jaką atakowały Marię niektóre brukowce po jego ujawnieniu. Jak powszechnie wiadomo, Ewa Curie przemilczała ten temat w swojej biografii. Irena zastosowała podobną taktykę, ledwie napomykając o wydarzeniach z 1911 roku:

Umarł dziadek, co ją zasmuciło, ale też przysporzyło dodatkowych trosk, trzeba było bowiem jakoś zastąpić czułą i inteligentną opiekę, jaką roztaczał nad moją siostrą i nade mną. Następnie do kampanii politycznej, wszczętej z okazji jej kandydowania do Akademii, dołączyła się oszczercza kampania dotycząca jej życia prywatnego.

Fot. E. Wajs

Co ważne, Maria Curie, moja matka opatrzona zostało licznymi przypisami, które nie ograniczają się do podania dat urodzenia danej osoby, wprost przeciwnie: dostarczają wielu cennych i ciekawych informacji (np. o znajomości języka polskiego obu córek), a dociekliwi czytelnicy znajdą odsyłacze do innych publikacji. Przypisów jest w sumie 88 – prawie tyle, co stron w książce. Kawał świetnej roboty wykonał w ramach konsultacji naukowych, Tomasz Pospieszny.

Osobny akapit należy też poświęcić zdjęciom. Użyczyło ich ze swego bogatego zbioru paryskie Musée Curie. Zdjęcia są duże (niejednokrotnie zajmują całą stronę) i odpowiednio opisane. Część z nich to niepublikowane nigdy wcześniej w książkach kolorowe fotografie, prezentujące zupełnie inne, piękne oblicze Pań Curie. Szkoda, że z noty redakcyjnej nie dowiadujemy się o ciekawej historii ich odnalezienia. Niektóre z fotografii to prawdziwe rarytasy, rzadko publikowane, jak np. zdjęcia Ireny z okresu jej służby radiologicznej w czasie pierwszej wojny światowej, czy zdjęcie z konferencji Przyszłość kultury z 1933 roku, która odbyła się w Madrycie. Była to zarazem przedostatnia zagraniczna wizyta w życiu Marii Skłodowskiej-Curie.

Fot. E. Wajs

Wspomnienia Ireny mają unikatową wartość, i to z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze, stanowią cenne uzupełnienie biografii autorstwa Ewy Curie. Jest to spojrzenie z innej perspektywy, nadające konturów i głębi obrazowi Marii, jaką znamy. Po drugie: w Polsce szkic ten nie ukazał się nigdy wcześniej w formie książkowej. Znaleźć go można jedynie w: czasopiśmie „Postępy Fizyki” (T. 6, 1955, Z. 1) oraz roczniku Kasy im. Józefa Mianowskiego „Nauka Polska. Jej potrzeby, Organizacja i Rozwój”, (Nr 7 (32) z 1998 roku). Pierwotnie wydrukował je francuski periodyk „Europe” w numerze 108 z 1954 roku. Polskie wydanie książkowe oparto o publikację z 1998 roku w tłumaczeniu Małgorzaty Malewicz.

Pierwsze wydania wspomnień Pań Curie ze zbiorów Tomasza Pospiesznego: M. Skłodowska-Curie, „Marja Skłodowska-Curie o swojem życiu i pracach”, Towarzystwo Instytutu Radowego im. M. Skłodowskiej-Curie, Warszawa 1935;  E. Curie, „Maria Curie”, Wydawnictwo Jakuba Przeworskiego, Warszawa 1938;  I. Joliot-Curie, „Maria Curie. Moja Matka”, Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, Warszawa 2020.

 

Jakimś niezrozumiałym zrządzeniem losu wspomnienia starszej z córek zostały więc przypadkowo usunięte w cień i zapomnienie. Tym bardziej należy przyklasnąć inicjatywie warszawskiego Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie i rzetelnej pracy redaktora wydawniczego, Dominiki Świtkowskiej. Wspomnienia Ireny wreszcie doczekały się godnego wydania, w którym trudno dopatrzeć się poważniejszych uchybień. 26-stronicowy artykuł Ireny Joliot-Curie udało się przemienić w prawie 100-stronicową książeczkę z masą przypisów, ładnymi zdjęciami i twardą okładką. Zdecydowanie warto przeczytać i zdecydowanie warto kupić — nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości.

A co z moim cukierkiem? Błyszczący papierek na szczęście nie rozczarował, kryjąc w sobie pyszną zawartość.
Nie wszystko złoto, co się świeci? Być może.

Ale to złoto się świeci. Jasnym, radowym światłem.

Jakub Müller

Madame Curie we Włoszech

Pod koniec I wojny światowej Maria Skłodowska-Curie przyjęła zaproszenie do Włoch. Włoskie Towarzystwo Rozwoju Nauk [The Italian Society for The Advance of Sciences] zabiegało o jej przyjazd od wielu lat. Maria wybrała się w podróż do Włoch latem 1918 roku na osobiste zaproszenie wybitnego matematyka i fizyka profesora Vito Volterry. Pobyt we Włoszech rozpoczęła od spotkania z Camillo Porlezzą w Pizzie, potem wspólnie odwiedzili kamieniołomy autunitu w Lurisi.

Madame Curie w kamieniołomach Larisia w Górach Piemontu, gdzie odkryto źródło wód radioaktywnych, [za:] A. Mottana, P. Nastasi, „Hunting for Radium in Italy during the First World War: Marie Curie and Italian mineralogists and geologists”, “Rend. Online Soc. Geol. It.”, Vol. 36 (2015), s. 94–9.
Wraz z grupą włoskich naukowców Madame Curie odwiedziła źródła termalne w Toskanii, a także inne źródła naturalnego promieniowania na terenie Włoch, gdzie odkryła silnie promieniotwórcze źródła wody. Po wizycie Marii w Lurisi na jednym z budynków umieszczono tablicę pamiątkową, na której utrwalono pobyt uczonej w tym miejscu. Madame Curie spędziła również kilka dni w prywatnej rezydencji profesora Volterry.

Madame Curie i Vito Volterra, ok. 1931, fotografia z archiwum rodzinnego prof. Virginii Volterry

 

W drugą podróż naukową do Włoch Maria Skłodowska-Curie udała się w 1931 roku w towarzystwie młodszej z córek – Ewy. Uczona wzięła udział w Kongresie Fizyki Jądrowej w Rzymie, który trwał od 11 do 17 października.

 

Robert Milikan, Maria Skłodowska-Curie i Werner Heisenberg na Kongresie Fizyki Jądrowej w Rzymie w 1931 roku, fot. A. Petitti, [za:] Caltech [California Institute of Technology] Archives

W liście do córki Ireny z 13 października relacjonowała:

Jest wiele ludzi na Kongresie, który choć interesujący, jest jednakże męczący. […] Staram się słuchać wystąpień o ile to możliwe, co nie zawsze jest łatwe ze względu na ekstremalnie techniczny charakter prac, a zwłaszcza brak jasności wysławiania się niektórych. Myślę, że będę miała do powiedzenia kilka słów podczas dyskusji na temat referatów o zjawiskach radioaktywności.

Niewiele widziałam w Rzymie i pewnie niewiele zobaczę w następne dni. Ewa zwiedza ze swoimi przyjaciółmi.

[Maria Curie i córki. Listy, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011, s. 359].

 

 

Nowa książka Zbigniewa Grochowskiego

 

Nakładem toruńskiego Wydawnictwa Adam Marszałek w końcu 2020 roku ukazała się książka Zbigniewa Grochowskiego pt. Maria Skłodowska-Curie i Warszawa. Miasto rodzinne Polki wszech czasów. 400 (200 plus 200) zadań i rozwiązań. Publikacja bardzo mnie zaciekawiła i postawiłam przyjrzeć się jej bliżej.

 

Autor jest znanym toruńskim historykiem i pedagogiem, a także popularyzatorem wiedzy. Od lat wydaje książki w formie gotowych zestawów pytań i odpowiedzi, dotyczące zarówno historii miast (m.in. Toruń, Włocławek, Warszawa, Bydgoszcz, Kraków czy Hrubieszów) jak i postaci historycznych (prezydenci Torunia, Bolesław Prus, Stefan Wyszyński). W niniejszej recenzji skupię się na części poświęconej Madame Curie, ponieważ nie jestem varsavianistką.

 

Publikacja zawiera 135 stron i ma miękką oprawę. Książka podzielona jest na dwie równe części – pierwsza dotyczy życia Marii Skłodowskiej-Curie, druga dziejów Warszawy – dalej chronologiczne na rozdziały. W przypadku Madame Curie są to dwa rozdziały dotyczące okresu „warszawskiego” i „paryskiego” w jej biografii.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest przebogata ikonografia. Mimo, że jakoś prezentowanych ilustracji jest niezbyt dobra, większość jest monochromatyczna i są niewielkich rozmiarów, to imponująca jest ich liczba. W części dotyczącej Noblistki pokazane są oprócz zabytków, monet i znaczków także pomniki, a nawet okładki książek dotyczących Jej życia.

 

Treścią publikacji, pomijając wstęp Autora, są tylko i wyłącznie pytania w formie testu wyboru z czterema możliwymi odpowiedziami każde. Na końcu jest czytelny klucz do odpowiedzi. Pytania o życie i prace Uczonej obejmują także jej męża, córki oraz rodzeństwo. Znajdzie się także kilka pytań o pomniki Marii Skłodowskiej-Curie w Polsce, a także o filmy fabularne i seriale o Niej. Stopień trudności pytań jest zróżnicowany (choć nie jest to w żaden sposób oznaczone w książce). Znajdą się w niej zatem pytania dla dzieci, dla młodzieży, a także dla dorosłych.

 

Na końcu publikacji Autor podaje ponad 100 pozycji bibliograficznych, na podstawie których układał pytania. Trzeba przyznać, że bibliografia dotycząca Marii Skłodowskiej-Curie jest bardzo bogata i obejmuje zarówno popularne biografie w formie książkowej, jak i książki mniej znane, a także artykuły prasowe. Znajdują się tam również najnowsze pozycje wydawnicze, takie jak Ze wspomnień o Marii Skłodowskiej-Curie. Złapane wiersze, pamiątkowe chwile Heleny Skłodowskiej-Szalay (Warszawa 2019).

Jeśli miałabym wskazać wady książki Zbigniewa Grochowskiego to byłyby to ilustracje. Aż się prosi, aby były większe i czytelniejsze. Z drugiej strony, gdyby powiększyć ilustracje, książka byłaby co najmniej dwa razy większa (co zapewne generowałoby większe koszty wydawnicze). Przy czym należy pamiętać, że książka jest przede wszystkim zbiorem testów i ilustracje mają raczej zaciekawić i wskazać drogę do dalszych poszukiwań. Umieszczone w książce fotografie nie są podpisane indywidualnie – autorzy podpisani są zbiorowo w stopce. Drugim, znaczenie poważniejszym, mankamentem publikacji jest bierność wydawnictwa w kwestii promocji. Książka jest tak mało znana, że nie sposób naleźć o niej informacji w serwisach książkowych czy księgarniach.

 

Książka Maria Skłodowska-Curie i Warszawa. Miasto rodzinne Polki wszech czasów w mojej opinii jest warta polecenia. Szkolne i międzyszkolne konkursy wiedzy o Madame Curie cieszyły się i nadal cieszą wielkim powodzeniem. W trakcie moich doświadczeń edukatorskich zauważyłam, że najbardziej lubiane w trakcie zajęć, zwłaszcza z najmłodszymi, były quizy. Pytania zaproponowane przez Zbigniewa Grochowskiego mogą stanowić doskonałą podstawę do zorganizowania takich konkursów i quizów dla różnorakich odbiorców. Z pewnością będzie pomocą dla nauczycieli i edukatorów.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że Autor będzie kontynuował wątek polskich naukowców i stworzy podobne publikacje o innych postaciach zasłużonych dla historii nauki.

W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować Panu Maciejowi Sotomskiemu –varsavianiście, przewodnikowi turystycznemu i „Łazikowi Warszawskiemu” – za informację o książce Zbigniewa Grochowskiego.

Ewelina Wajs-Baryła

 

 

_________________

Zbigniew Grochowski, Maria Skłodowska-Curie i Warszawa. Miasto rodzinne Polki wszech czasów. 400 (200 plus 200) zadań i rozwiązań, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2020.

ISBN 879-83-8180-295-6

134. rocznica urodzin Stefanii Horovitz

 

/   Tomasz Pospieszny   /

 

Portret Stefanii Horovitz, prawdopodobnie namalowany przez ojca, b.d., [za:] https://www.geni.com/people/Stefania-Horowitz/6000000009579527822, dostęp z 17 lutego 2018
Odkrycie polonu i radu w 1898 roku przez Marię Skłodowską-Curie spowodowało prawdziwą lawinę odkryć kolejnych nowych pierwiastków. Profesor Józef Hurwic przedstawił to chyba najtrafniej:

Na początku drugiego dziesięciolecia naszego wieku znano około trzydziestu różnych substancji promieniotwórczych, które uważano za odrębne pierwiastki chemiczne, w układzie okresowym zaś między ołowiem i uranem było tylko kilka miejsc nie obsadzonych. Wydawało się więc, że prawo okresowości nie stosuje się do substancji promieniotwórczych. Ich zespół stanowił istną dżunglę.

Tajemnica Natury została wyjaśniona przez Fredericka Soddy’ego w 1913 roku. Uczony zauważył, że jeden pierwiastek chemiczny może mieć kilka odmian różniących się masą atomową. W prestiżowym czasopiśmie „Nature” napisał – Są one [pierwiastki] identyczne pod względem chemicznym, a także fizycznym, z wyjątkiem kilku właściwości zależących wprost od masy atomowej. Ponieważ właściwości chemiczne izotopów są takie same, można je jedynie rozdzielić metodami fizycznymi. Dzięki koncepcji Soddy’ego liczba odkrytych pierwiastków promieniotwórczych nagle zmalała i w układzie okresowym pozostały tylko polon (84Po), radon (86Rn), rad (88Ra), aktyn (89Ac), tor (90Th) i uran (92U). Osiem innych „różnych pierwiastków” (izotopów) tak naprawdę było odmianami umiejscowionych już w układzie okresowym czterech pierwiastków. W tej niezwykłej łamigłówce istotną rolę odegrała uczona urodzona w Warszawie – Stefania Horovitz. Była ona trzecią kobietą z Polski, która po Marii Skłodowskiej-Curie i Alicji Dorabialskiej odegrała istotną rolę w nauce o promieniotwórczości.

Leopold Horovitz, Autoportret, 1915, Domena Publiczna

Stefania Renata Horovitz urodziła się 17 kwietnia 1887 roku w Warszawie. Jej ojciec, Leopold Horovitz (1838–1917), był znanym i cenionym artystą skupionym wokół dworu cesarza Józefa I. Leopold słynął ze zdolności do malowania portretów. W 1873 roku w Wiedniu na międzynarodowej wystawie zdobył złoty metal za jeden ze swoich obrazów. Apogeum jego sławy przypadło na 1896 rok, kiedy został poproszony o namalowanie portretu cesarza Franciszka Józefa I. Dzięki tak szybko rozwijającej się karierze jego rodzina nie narzekała na niedostatki. Mniej więcej w tym samym czasie Leopold wraz z żoną Rozą z Londonów (1853–1920) oraz dziećmi Jerzym (1875–1948), Zofią (1877–1941), Arminem (1880–1965), Janiną (1882–1941) i najmłodszą Stefanią przenieśli się do Wiednia. Stefania pobierała nauki w domu. Nauka była jednak na najwyższym możliwym poziomie. W 1907 roku zainteresowała się chemią i zapisała na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Wiedeńskiego. Sukcesy przychodziły stosunkowo łatwo i już w 1914 roku ukończyła studia doktoranckie specjalizując się w chemii organicznej. Promotorem dysertacji był znany chemik organik profesor Guido Goldschmiedt (1850–1915). Do jego największych osiągnięć naukowych należało między innymi określenie struktury kilku związków pochodzenia naturalnego, w tym papaweryny i kwasu elagowego. Praca Horowitz dotyczyła przegrupowania chininy pod wpływem kwasu siarkowego. Dysertacja została oceniona bardzo dobrze, a jej wynik opublikowano w dwóch pracach naukowych. Po obronie pracy doktorskiej Stefania zwróciła uwagę na chemię jądrową.

Otto Hönigschmid, przed 1921, [za:] https://badw.de/en/community-of-scholars/deceased.html?tx_badwdb_badwperson%5Bper_id%5D=1374&_badwdb_badwperson%5BpartialType%5D=BADWPersonDetailsPartial&tx_badwdb_badwperson%5BmemberType%5D=&tx_badwdb_badwperson%5Baction%5D=show&tx_badwdb_badwperson%5Bcontroller%5D=BADWPerson, dostęp z 17 lutego 2018
Pod koniec 1913 lub na początku 1914 roku rozpoczęła pracę w Instytucie Radowym w Wiedniu pod kierunkiem Ottona Hönigschmida (1878–1945). W latach 1904–1906 uczony pracował w laboratorium odkrywcy fluoru Henriego Moissana w Paryżu, a później u Theodore’a Richardsa na Uniwersytecie Harvarda. Uczony specjalizował się w badaniach węglików, krzemianów i pomiarach masy atomowej. Według opinii Kazimierza Fajansa był on mistrzem w oznaczaniu mas atomowych. Horovitz została jego protegowaną prawdopodobnie na prośbę Goldschmiedta, który był nauczycielem Hönigschmida. Co niezwykle istotne Hönigschmid miał pozytywne nastawienie do kobiet studiujących i zajmujących się nauką.

Historia rozpoczęcia ich współpracy jest niezwykła. Hönigschmid poszukując współpracownika zwrócił się z prośbą do przebywającej w Berlinie Lise Meitner, czy nie zna kogoś w Wiedniu kto kwalifikowałby się do pomocy w jego projekcie związanym z określaniem masy atomowej pierwiastków. Dzięki jej rekomendacji poznał Stefanię. Meitner i Horovitz najprawdopodobniej spotkały się w 1907 roku. Kilka miesięcy później napisał do Meitner: Przesyłam Ci pozdrowienia od panny Horovitz, która nie wierzy, że ją pamiętasz. Właśnie się z nią o to spieram. Od czerwca 1914 roku Horovitz i Hönigschmid rozpoczęli ścisłą współpracę. Otto Hönigschmid napisał do Lise Meitner – Z panną Horovitz pracujemy jak dobrzy koledzy. W tę piękną niedzielę nadal siedzimy w laboratorium od godziny szóstej. Uczeni zajęli się izolowaniem i oczyszczaniem ołowiu ze 100 kilogramów z siarczanu ołowiu pozyskanego z materiałów z Jachimowa. Praca ta była niezwykle czasochłonna i skrupulatna. Wszystkie ważone substancje musiały być izolowane w stanie czystym, a eksperymentator powinien być w stanie określić nawet najmniejszą ilość substancji, która może zostać utracona podczas eksperymentu ilościowego. Wkrótce stwierdzili, że masa atomowa ołowiu powstającego w szeregu uranowo-radowym wynosiła 206,73. Wykazali tym samym, że ołów z rozpadu jest lżejszy niż „zwykły” ołów (207,21). 23 maja 1914 roku Hönigschmid zaprezentował wyniki na kongresie Bunsena w Lipsku. Pracę wysłali także do „Monatshefte für Chemie”, a później także do „Comptes Rendus”. Uczeni wspólnie wykazali także, że odkryty przez Boltwooda i Hahna w 1906 roku pierwiastek jon to de facto izotop toru-230. Było to niezwykle ważne spostrzeżenie, bowiem wykazało, że jon i tor-230 mają takie same właściwości spektroskopowe i chemiczne, a jedyną różnicą jest ich masa atomowa. W jednym eksperymencie Horovitz podważyła istnienie pierwiastka i znalazła drugi dowód na istnienie izotopów.

Stefania Horowitz w Instytucie Radowym w Wiedniu, listopad 1915, Austrian Cenral Library of Physics

Ze współpracy Stefanii i Ottona wynika, że Horovitz była dojrzałym naukowcem i bliskim współpracownikiem swojego mentora. Potrafiła wyciągać słuszne wnioski z przeprowadzonych eksperymentów, często sama inicjowała prace nad nurtującym ją problemem. W 1914 roku Hönigschmid w liście do Meitner pisał: Teraz izolujemy ołów z czystej smółki z Jachimowa… Mamy nadzieję, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni przed świętami przeanalizujemy te przygotowane [próbki] ołowiu… W 1922 roku w wykładzie noblowskim Frederick Soddy również podkreślił udział Stefanii Horovitz w pracach nad izotopami. Powiedział między innymi – Jednocześnie prace nad ołowiem z minerałów uranowych były prowadzone przez T. W. Richardsa i jego studentów na Harvardzie, a także przez Hönigschmida i Mlle. Horovitz, którzy podali prawidłowe wartości [masy atomowej ołowiu]. Historyk nauki Lawrence Badash podkreślił, że Hönigschmid i Horovitz przedstawili najbardziej przekonujące dowody potwierdzające istnienia izotopów, a ich prace eksperymentalne potwierdziły jednocześnie pracę wykonaną w trzech innych laboratoriach.

Niestety pod koniec pierwszej wojny światowej współpraca uczonych została przerwana. Hönigschmid przyjął etat na Uniwersytecie w Monachium i opuścił Wiedeń. Z niejasnych dziś powodów Horovitz opuściła Wiedeń i na krótki czas porzuciła karierę naukową. Według opinii członków rodziny chciała pocieszyć matkę po śmierci ojca i w 1917 roku wróciła do Warszawy. Siedem lat później, w 1924 roku wróciła do Wiednia i zafascynowała się psychologią adlerowską. Wspólnie z Alice Friedman zaczęła organizować dom zastępczy dla dzieci z trudnościami w nauce. W 1937 roku, prawdopodobnie z powodów politycznych, Horovitz opuściła Wiedeń i po raz kolejny przeprowadziła się do Warszawy. Wybitny polski radiochemik Kazimierz Fajans w liście do Elisabeth Rona (jedna z uczonych pracujących w Instytucie Radowym w Wiedniu) pisał:

Prawdopodobnie nie otrzymałaś z Wiednia żadnych informacji o losie dr Stefanii Horovitz. Dowiedziałem się o tym od wspólnego krewnego z Warszawy. Stefania przeprowadziła się tam [do Warszawy] po I wojnie światowej i po tym jak jej rodzice zmarli w Wiedniu, aby dołączyć do swojej zamężnej siostry [Zofii Natanson]. Nie była aktywna w chemii, a obie [siostry] zostały zlikwidowane przez nazistów w 1940 roku.

Kiedy Warszawa została okupowana przez nazistów, Horovitz i jej siostra miały szansę ucieczki z getta. Jednak w obawie przed prześladowaniem ukrywających się Żydów obie zdecydowała się udać na Umschlagplatz. Były wśród tysięcy Żydów, którzy zostali przetransportowani do obozu zagłady w Treblince. Obie zginęły. Ich losy są nieznane.

Pod koniec drugiej wojny światowej 14 października 1945 roku Otto Hönigschmid wraz z żoną popełnili samobójstwo.

Reszta jest milczeniem…

 

Zalecana literatura:

  1. F. Rayner-Cnaham, G. W. Rayner-Canham, Stefanie Horovitz: A Crucial Role in the Discovery of Isotopes, [w]: A Devotion to Their Science: Pioneer Women of Radioactivity, red.: M. F. Rayner-Cnaham, G. W. Rayner-Canham, McGill-Queen’s University Press, Québec, 1997.
  2. M. Rentetzi, Stephanie Horovitz (1887–1942), [w]: European Women in Chemistry, red.: J. Apotheker, L. S. Sarkadi, Wiley, Verlag, 2011, str. 75–79.
  3. M. Rayner-Canham, G. Rayner-Canham, Stefanie Horovitz, Ellen Gleditsch, Ada Hitchins, and the Discovery of Isotopes, Bulletin for the History of Chemistry, 25(2), 2000, str. 103–108.
  4. B. Van Tiggelen, A. Lykknes, Celebrate the Women Behind the Periodic Table, Nature, 565, 2019, str. 559–561.

 

 

Jakub Müller recenzuje — „Radiant” Jakub Müller

 

Co łączy bakteriologię, Star Wars, banjo i eksperymenty chemiczne z dzieciakami? Pozornie nic. Okazuje się jednak, że wspólnym mianownikiem jest Liz Heinecke. To amerykańska pisarka, bakteriolog i fanka serii Star Wars, która wolnym czasie lubi grać na banjo.

Autograf Autorki, Archiwum Jakuba Müllera

Liz Heinecke napisała kilkanaście książek, większość z nich to propozycje intrygujących eksperymentów, które możemy wykonać razem z dziećmi. Efekty (naprawdę ciekawe!) do obejrzenia na stronie www.kitchenpantryscientist.com

Wydana w lutym 2021 roku książka pt. Radiant to „poważniejsza” pozycja w dorobku Amerykanki, skupiająca się na mało dotąd eksploatowanym wątku przyjaźni Marii Skłodowskiej-Curie ze słynną amerykańską tancerką  .

Wciąż się zastanawiam jak to możliwe, że spokojna, skupiona na nauce Maria zaprzyjaźniła się z wulkanem energii, tancerką i artystką, która, w przeciwieństwie do uczonej, uwielbiała bywać na przyjęciach i poznawać nowych ludzi? Była to zaiste nietypowa znajomość, pełna przeciwieństw i kontrastów. Na przekór wszystkim, przetrwała ponad 20 lat, nie dając się pokonać nawet wojnie, chorobom, skandalom i dalekim odległościom.

Temat niezmiernie ciekawy, ale czy na tyle obszerny, by „robić” z niego książkę? Miałem poważne wątpliwości.

Heinecke sprytnie wybrnęła z tej pułapki. Narrację prowadzi dwutorowo: niektóre rozdziały poświęcone są tylko Fuller, inne z kolei Skłodowskiej-Curie. Spotkania obu pań ukoronowane są oczywiście osobnymi rozdziałami. Akcja rozpoczyna się w 1892 roku, czyli w momencie, gdy Loie Fuller miała 30 lat, a Maria o pięć mniej. Przeplatane rozdziały pozwalają czytelnikowi wczuć się w klimat tamtych czasów, świetnie – przyznaję – odmalowany przez autorkę. I zupełnie jak wstęgi w słynnym tańcu Loie Fuller, tak losy obu przyjaciółek splatały się co jakiś czas, poruszane burzliwym wiatrem historii. Kilka z tych spotkań opisuje Heinecke. Czyni to zgrabnie i ze swadą, dzięki czemu na kartach książki poznamy wiele ciekawych wątków, jak np. wizytę Fuller w pracowni Thomasa Edisona, taniec na wieży Eiffla czy podróż do Egiptu. Książka Radiant pozwoliła mi też docenić Fuller… Była to doprawdy wyśmienita tancerka, która oprócz tego sama projektowała scenografię, obmyślała elektryczne systemy oświetlenia (wiele z nich opatentowała). Nie bała się używać soli radu do oświetlenia swej sukni, tańczyć w prowokującym (jak na tamte czasy) stroju jako Salome, czy występować w całkowitej ciemności. Kobieta obdarzona wieloma talentami, a przede wszystkim obsesją stałego ulepszania swoich występów i poszukiwania nowych środków ekspresji. Wciąż było jej mało, wciąż chciała próbować czegoś innego. Fascynująca postać, która poza wrażliwością artystyczną, posiadała i pielęgnowała w sobie autentyczną żyłkę naukowca.

 

Portrety Loïe Fuller z wnętrza książki, Archiwum Tomasza Pospiesznego

 

Jeśli chodzi o Marię – poznajemy znane z jej życia wątki: studia we Francji, małżeństwo, problemy zdrowotne, śmierć Pierre’a Curie, prace nad radem, czy podróż do Stanów Zjednoczonych w 1921 roku. Na szczęście są też mniej znane wątki, jak lunch u Loie, gdzie Ewa Curie prezentowała swoje umiejętności gry na pianinie, czy postać Gabriela Pierné’a, francuskiego pianisty, który dzięki wstawiennictwu Fuller, prowadził zajęcia muzyczne dla Ewy, pomagając jej doskonalić swoje umiejętności gry na tym instrumencie. Marię i Loie poznajemy już w dojrzałym wieku, więc pewne etapy ich życia (dzieciństwo, ostatnie lata życia Marii), poruszone są jedynie fragmentarycznie.

Porządny research to kolejna zaleta książki. Muszę przyznać, że bibliografia robi wrażenie. Zawiera ponad 100 zróżnicowanych pozycji, w tym nie tylko książki, ale także listy i czasopisma. Skarbnicą wiedzy była z pewnością korespondencja Fuller, przechowywana w nowojorskiej bibliotece publicznej. Autorka korzysta z niej umiejętnie, kreśląc zapadający w pamięć obraz przełomu wieków i pierwszych lat XX wieku.

To nie jest opracowanie naukowe, przeładowane po brzegi cytatami i opisami badań. Radiant czyta się jak fikcję, beletrystykę, a zgrabne pióro autorki sprawia, że momentami trudno się od książki oderwać.

 

Fotografie z wnętrza książki, Archiwum Tomasza Pospiesznego

 

Plusika należy także przyznać za wydanie i oprawę graficzną. Błyskotliwą narrację Heinecke ilustruje wiele zdjęć. Badaczy i biografów Marii zasmucić może fakt (a może ucieszyć?), że użyte w książce fotografie uczonej są powszechnie znane. Ciekawie prezentuje się jednak arsenał zdjęć Fuller – momentami trudno oderwać wzrok od jej strojów i tanecznych układów uwiecznionych na zdjęciach. I choć widzimy tylko jedno ujęcie, zatrzymane w stop-klatce obrazy działają na wyobraźnię; w mojej głowie Amerykanka tańczyła jeszcze długo po zamknięciu książki.

Choć prywatnie Fuller była homoseksualistką, związaną ze swoją promotorką i asystentką, Gabrielle Bloch (która w 1920 roku przyjęła pseudonim Gab Sorère), Heinecke opisuje ich relację w bardzo subtelny sposób. Nie czyni z tego tematu sensacji, sugeruje czytelnikowi (i to dopiero pod sam koniec książki), jaka była prawdziwa natura tego związku. I jakkolwiek obrazoburczo może zabrzmieć to pytanie, to pojawiło się w mojej głowie bardzo szybko: czy Loie Fuller była zafascynowana „tylko” inteligencją i badaniami Marii? Czy może uczona podobała jej się także fizycznie? Nie ma odpowiedzi na to pytanie.

Wątpliwości nie ulega za to fakt, iż Maria Skłodowska-Curie rzeczywiście przyjaźniła się z Loie Fuller. Wiele je łączyło: naukowa pasja, miłość do radu, szczerość i lojalność, pełne zaangażowanie w swoją pracę. Spotykały się kilka razy, regularnie korespondowały. Amerykańska tancerka i innowatorka była bez wątpienia barwną postacią.

 

Fot. Tomasz Pospieszny

Wracając więc do wcześniejszego pytania: czy da się z tej historii złożyć całą książkę?

Okazuje się, że nie tylko da się, ale na dodatek można to zrobić w ciekawy sposób. Warto jednak pamiętać o jednym: z książką Liz Heinecke jest jak z filmami o Jamesie Bondzie. Zanim zaczniemy, należy przyjąć odpowiednią perspektywę. Nastawić się. Jeśli potraktujemy go jak poważny film sensacyjny – spotka nas zawód.  Podobnie tutaj: we wstępie autorka lojalnie ostrzega, iż książka jest „kreatywną nie-fikcją”. Bazuje wprawdzie na życiorysach obu pań i porządnym researchu, ale np. dialogi są w większości wymyślone. Należy o tym pamiętać – i nabrać pewnej dozy dystansu jeszcze przed rozpoczęciem lektury.

Większą część książki zajmuje wybiórczy opis losów Marii i Loie. Zaledwie kilka ich spotkań jest opisanych szerzej, i momentami daje się odczuć, że to jednak amerykańska tancerka jest tutaj główną bohaterką. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że książka jest nieco „napompowana”.

Mimo tych zarzutów, dzieło Liz Heinecke ma w sobie wystarczająco wiele atutów, bym mógł szczerze polecić jego lekturę, co też niniejszym czynię.

 

Jakub Müller

65. rocznica śmierci Ireny Joliot-Cutrie

 

/   Tomasz Pospieszny   /

Irena z miłością i oddaniem pielęgnowała swój ukochany ogródek w Antony. Kiedy przebywała na wakacjach w ukochanym l’Arcouest chodziła czasami na wiejską potańcówkę. Fred podczas obiadów żywo dyskutował z Piotrem, tak jak kiedyś podczas niedzielnych obiadów z Marią Skłodowską-Curie. W październiku 1954 roku Irena wyjechała do Warszawy na obchody dwudziestej rocznicy śmierci Marii. Przekazała wówczas pamiątki rodzinne i listy, które miały utworzyć podwaliny pod muzeum biograficzne matki. W tym samym roku w Paryżu urządzono uroczystości dla upamiętnienia również dwudziestolecia odkrycia sztucznej radioaktywności. Pośród wielu notabli był także obecny minister oświaty. Irena jeszcze raz zgłosiła swoją kandydaturę do Akademii Nauki i oczywiście przegrała. Powód był jak zawsze ten sam – męskie grono nie dojrzało jeszcze by zasiadać w ławach z kobietami. Otrzymała za to na pocieszenie Złoty Medal Lavoisiera.

Irena Joliot-Curie w Warszawie, lata 50. XX wieku, Polska Akademia Nauk Archiwum w Warszawie

W 1955 roku w Lozannie odbył się Światowy Kongres Matek w obronie dzieci przeciwko wojnie. Irena została zaproszona i poproszona o wygłoszenie odczytu. Niestety w tym samym czasie była zajęta realizacją marzeń jeszcze z czasów Marii Curie. Już w 1942 roku Irena starała się, aby na rozległych terenach niedaleko Paryża wybudować potężne laboratoria, w których można by prowadzić wiodące badania w obszarach chemii i fizyki jądrowej. Jednak dopiero w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku uniwersytet zakupił tereny w Orsay położonym 25 kilometrów na południowy zachód od Paryża. Kiedy władze uniwersytetu zatwierdziły budżet, Irena sporządziła plany dla nowych laboratoriów fizyki jądrowej. Teraz zespoły naukowców będą mogły pracować w warunkach mniej zatłoczonych niż w paryskich laboratoriach i z finezyjnymi aparatami jak na przykład potężne akceleratory cząstek. Teraz wielkie marzenie Ireny Joliot-Curie miało zostać zrealizowane.

Zimą, wyczerpana nadmiarem pracy, ale także sytuacją polityczną, pojechała samotnie na narty. Fred był nadal osłabiony zapaleniem wątroby i wolno powracał do zdrowia. Ustalili, że on zostanie pod opieką Heleny i Piotra, a ona pojedzie trochę wypocząć. W liście do męża pisała:

 

To bardzo dziwne być tutaj bez Ciebie. Wierzę, że jest to jedyne miejsce, w jakim kiedykolwiek byłem bez Ciebie. Codziennie żałuję, że nie mam zbyt wiele miejsca na moje rzeczy oraz dla moich spraw. I nawet żałuję, że nie mogę pościelić Ci łóżka, pomimo, że nigdy nie lubiłam tego robić.[1]

 

Po powrocie z wakacji powróciła do pracy w laboratorium. Pracowała dość intensywnie przez cały styczeń. Jednak jej stan zdrowia nagle, bez wcześniejszego ostrzeżenia zaczął się pogarszać. Niby stopniowo i powoli, ale systematycznie. Podobnie jak ongiś w czerwcu 1934 roku…

Irena Joliot-Curie na lotnisku w Warszawie, 1946, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Irena Joliot-Curie przechodzi skomplikowaną operację ucha środkowego, ale dość szybko wraca do sił. Będzie pracowała. Będzie bawiła się z wnukami. Będzie czułą i kochaną żoną dla Freda. Niestety nie na długo. Zaczyna się męczyć. Nie może już chodzić na dłuższe spacery po okolicy. Wówczas obwozi ją swoim samochodem przyjaciółka Angèle Pompei. To właśnie jej mówi ze śmiechem – Czuję, że stałam się leniwa.[2] Jedzie jeszcze raz w góry do Szwajcarii. Jednak tym razem wraca bez większej poprawy zdrowia. Zgłasza się do szpitala im. Curie. Taksówkarz pyta kiedy może ją odebrać. Nie wiem – odpowiada cicho.[3] Lekarze oznajmiają jej, że gruźlica, na którą cierpiała przez niemal całe życie została pokonana. Niestety utrzymująca się gorączka oraz ciągły spadek wagi są niepokojącym symptomem podstępnej choroby. Diagnoza – białaczka.[4] Irena wie co oznacza ta diagnoza. Cierpię na chorobę mojej mamy – mówi przyjaciółce.[5] Traci siły z dni na dzień. Oddychanie, jedzenie, najzwyklejsze czynności życiowe sprawiają mi trudność – mówi do Angèle.[6] Wie, że umiera. Aline Perrin wyznaje – Nie boję się śmierci. Miałam przepiękne życie.[7] Irena Joliot-Curie odeszła w sobotę 17 marca 1956 roku. Miała pięćdziesiąt osiem lat.

 

Pogrzeb Ireny Joliot-Curie, fot. Thomas Mcavoy, „Life” Magazine

W dzień jej śmierci ogłoszono żałobę narodową. Pogrzeb odbył się na koszt państwa. Trumna z ciałem uczonej stała w sali głównej Sorbony. Profesorowie i studenci Wydziału Nauk Ścisłych pełnili wartę przez 24 godziny. Zmieniali się co piętnaście minut. Później trumnę przeniesiono do Sceaux. Irenę pochowano w skromnym grobie niedaleko Marii i Piotra Curie. Nie było asysty wojskowej ani kościelnej. Uszanowano jej zamiłowanie do pokoju i absolutny ateizm. Oddano jej hołd. Hołd należny królowej promieniotwórczości i obrończyni pokoju. Kiedyś powiedziała:

 

Człowiek musi swoją pracę traktować poważnie, musi być niezależny, a nie tylko czerpać z życia przyjemność. To zawsze powtarzała mi matka, nigdy natomiast nie usłyszałam od niej, że kariera naukowa jest jedyną drogą, którą warto iść.[8]

 

Może i nie jest jedyną drogą, jednak dla Ireny z pewnością była.

Fryderyk Joliot-Curie na Kongresie Pokojowym w Paryżu, [za:] https://prabook.com/web/frederic.joliot-curie/1103303#gallery
            Ja rzadko myślę o śmierci, ale gdy już to robię, myślę o niej spokojnie i bez wykrętów. (…) Brak życia po śmierci nie oznacza negacji ciągłości. Po pierwsze, mamy ciągłość następujących po sobie pokoleń, zrządzoną przez naturę. A poza tym jest jeszcze praca, twórczość, miłość – to co zostaje, po tym, jak sam człowiek, jego imię, a nawet jego kości już znikną – wyznał kiedyś Fryderyk.[9] Jednak teraz, kiedy nie było przy nim Ireny zrozumiał jak wielkie spustoszenie powoduje śmierć. Nie dla tych, którzy odchodzą lecz dla tych którzy pozostają. Jego przyjaciel, rosyjski pisarz Ilja Erenburg (1891–1967) powiedział, że byli szczęśliwym małżeństwem, chociaż tak bardzo się od siebie różnili. Irena była pełna rezerwy i raczej małomówna, a Joliot, który był generalnie gadatliwy, często milkł w jej obecności.[10]

 

James Chadwick wspominał:

 

Wiedziała, że to co myśli i mówi – czasem, być może z wyniszczającą szczerością – wpływa z wielką uwagą i szczerością na prawdy naukowe, także z okazywanym i widocznym wielkim szacunkiem we wszystkich okolicznościach. W całej swojej pracy, zarówno w laboratorium, jak i podczas dyskusji lub udziałach w komisji, stawiała sobie najwyższe standardy i była najbardziej sumienną w wypełnianiu wszelkich obowiązków, których się podjęła.[11]

 

Rzeczywiście Irena nigdy nie wycofała się z podjętych zobowiązań. Jej organizm był praktycznie przez całe życie wystawiony na działanie promieniowania alfa emitowanego przez polon. Jednak najbardziej prawdopodobną przyczyną rozwoju białaczki, było działanie promieniowania X podczas pierwszej wojny światowej. Królowa Belgii Elżbieta Bawarska (1876–1965) w liście do Joliota pisała – Bez wątpienia, kiedy Irena wykonywała badania tego rodzaju, zwłaszcza na froncie belgijskim koło Ypres, otrzymała ogromne dawki promieniowania rentgenowskiego, które miały w jej przypadku straszliwe skutki i których stała się ofiarą kilka miesięcy temu.[12]

 

Joliotowie w 1940 roku, [za:] https://prabook.com/web/irene.joliot-curie/3771575#gallery
            Fred pozostał bez ukochanej żony, z którą spędził trzydzieści lat. Trzydzieści lat miłości i pasji. Wzajemnego zrozumienia. Strasznie tęsknię za Ireną – napisał trzy miesiące po jej śmierci.[13] W liście do Pierre’a Biquarda wyznał:

 

Musisz uświadomić sobie, jak wiele czarnych myśli mnie otacza, gdy znalazłem się tu, gdzie wszystko przypomina mi szczęśliwe godziny, które spędziłam z Ireną. Co za pustka! Muszę jednak mieć odwagę i żyć dla przyszłości dzieci i wnuków, którzy są wokół mnie, oraz uczuć przyjaciół takich jak ty, którzy mnie wskrzeszają.[14]

 

Natomiast Erenburgowi powiedział – Irena zmarła na to, co nazywamy naszą chorobą zawodową. W dzisiejszych czasach jesteśmy bardziej ostrożni, ale w latach trzydziestych… Niełatwo mi z tym.[15] W liście do Ottona Hahna napisał: Irena poczuła się okropnie w tym samym momencie, gdy wracała nadzieja, że ze mną będzie lepiej. Przeżywam bardzo trudne chwile, ale udało mi się znaleźć w sobie niezbędną siłę i nie poddałem się pracując bez końca.[16] Fryderyk zdawał sobie sprawę z powagi stanu swojego zdrowia. Kiedy spotkał w Paryżu Leopolda Infelda (1898–1968) wyznał mu, że wie jak bardzo jest chory i że jego wątroba pracuje tylko w trzydziestu procentach.[17] Zdaje się, że stracił wolę życia wraz z odejściem Ireny. Wiosną 1956 roku w Antony odwiedził go Ilja Erenburg. Podczas spaceru wokół domu po pięknym ogrodzie Fred mówił:

 

Irena miała talent do łączenia kolorów tulipanów. Zakwitły wiosną tego roku, ale jej już nie było żeby mogła je zobaczyć. Jestem opanowany przez uczucie, że muszę się spieszyć. Chcę, załatwić różne sprawy. To nie tak, że jestem zbyt niespokojny o moje zdrowie, ale nie należy go traktować zbyt swobodnie.[18]

 

Fryderyk Joliot-Curie, fot. N.R. Farbman, 1950, „Life” Magazine

Dla Ireny Fred poświęcił się całkowicie budowie laboratoriów w Orsay, które był jej niespełnionym marzeniem. Pilnował planów budowy, projektów ogrodu. Pomimo, że jego czas był wypełniony wykładami i opiniami oraz sprawami politycznymi znajdował czas dla dzieci i wnuków. Nadal jednak pozostawał w kręgu polityki. W kwietniu 1958 roku pojechał kolejny, szósty i ostatni raz do Moskwy na zebranie Biura Światowej Rady Pokoju, gdzie spotkał się osobiście z Chruszczowem (1894–1971). Rozmawiali przeszło dwie i pół godziny. Wspólnie doszli do wniosku, że militarne użycie energii nuklearnej sprawi że popłynie krew ludzkości i to nie tylko krew Francuzów i Rosjan. Bomby atomowe dotyczą całej ludzkości.[19]

W sierpniu pojechał do l’Arcouest by trochę odpocząć. Odwiedzał znajomych, popłynął na ryby. Ostatnią złowił 11 sierpnia. Dzień później, 12 sierpnia wieczorem dostał nagłego bólu brzucha i krwotoku. Krzyknął. Gospodyni wezwała pogotowie, które odwiozło go na pociąg. W Paryżu natychmiast go zoperowano. Przy łóżku czuwała Helena. Dwa dni później wdała się posocznica i Fryderyk potrzebował transfuzji krwi. Tysiące Francuzów zgłosiło się do szpitala. Niestety nie udało się go uratować. Zmarł 14 sierpnia 1958 roku w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. Przeżył Irenę tylko o dwa lata. Podobnie jak ona miał państwowy pogrzeb. Żegnały go tysiące. Spoczął obok żony w Sceaux. Era wielkich fizyków i chemików jądrowych z wolna dobiegała końca.

 

Madame Joliot-Curie, Monsieur Joliot-Curie chapeau bas!

 

Grób rodziny Joliot-Curie na cmentarzu w Sceaux pod Paryżem, fot. Thomas Haas

Non, rien de rien

Non, je ne regrette rien

Ni le bien, qu’on m’a fait

Ni le mal, tout ça m’est bien égal

 

Non, rien de rie

Non, je ne regrette rie

Car ma vie, car mes joie

Aujourd’hui, ça commence avec toi![20]

 

 

 

 


[1] M. Goldsmith, Frédéric Joliot-Curie. A Biography, Lawrence and Wishart, London, 1976, s. 201.

[2] E. Cotton, Rodzina Curie i promieniotwórczość, Wiedza Powszechna, Warszawa 1965, s. 136.

[3] R. Pflaum, Grand Obsession. Madame Curie and Her Word, Doubleday, New York 1989, s. 463.

[4] Kowarski w liście do Chadwicka pisał: Z pewnością od kilku lat cierpiała na jakąś postać anemii albo brak odporności na zakażenia. Wygląda mi to na chroniczne zaburzenie komórek krwi i możliwe, że miało jakiś związek z długotrwałym wystawieniem na promieniowanie. [Za:] D. Brian, Rodzina Curie, Amber, Warszawa 2006, s. 384.

[5] Cytat za filmem: Wyjście z cienia – historia Ireny i Fryderyka Joliot-Curie, reż. R. Reed, USA 2009.

[6] E. Cotton, Rodzina Curie, op. cit., s. 137.

[7] S. B. McGrayne, Nobel Prize Women in Science. Their Lives, Struggles, and Momentous Discoveries, 2nd Ed., Joseph Henry Press, Washington, D.C., 2006, s. 142.

[8] S. Emling, Maria Skłodowska-Curie i jej córki, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2013, s. 293.

[9] D. Brian, Rodzina Curie, op. cit., s. 375.

[10] Ibidem, s. 384.

[11] N. Byers, G. Williams, Out of the Shadows, Cambridge University Press, Cambridge, UK, 2006, s. 145.

[12] M. Goldsmith, Frédéric Joliot-Curie, op. cit., s. 203.

[13] Ibidem, s. 202.

[14] Ibidem, s. 203.

[15] D. Brian, Rodzina Curie, op. cit., s. 384.

[16] M. Goldsmith, Frédéric Joliot-Curie, op. cit., s. 203.

[17] Ibidem, s. 203.

[18] Ibidem, s. 203.

[19] Ibidem, s. 225.

[20] Fragment francuskiej piosenki pt. „Non, je ne regrette rien„. Tekst Michela Vaucaire, kompozycja Charles Dumont, wykonanie Edith Piaf – ulubiona piosenkarka Fryderyka Joliot-Curie.

Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce

W tym roku po raz piąty obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce .
Jako życzenia dla wszystkich Pań zajmujących się nauką niech posłużą słowa polskiego fizyka Mariana Smoluchowskiego, wypowiedziane w 1912 roku:
„Kobietom, które wstępują na drogę naukową, powinno się ułatwiać ich powołanie; powinny nareszcie zniknąć wszelkie zewnętrzne przeszkody, owe śmieszne przesądy, owe przestarzałe poglądy, które zamykają dostęp kobietom do niektórych instytucyj naukowych, które im utrudniają kształcenie się, pracę naukową, dostęp do katedr uniwersyteckich. Niech tu (jak na każdem innem polu) panuje zasada wolnej konkurencji. Oby ta konkurencja była jak najżywsza.”
Bieżącym celem ONZ i UNESCO jest zapewnienie kobietom i dziewczętom pełnego i równego dostępu do nauki oraz uczestnictwo w badaniach naukowych. Więcej o tym przeczytacie Państwo stronie http://www.unwomen.org/en.